Dwa lata temu Bruksela przedstawiła ambitne przepisy mające na celu poprawę warunków pracy osób pracujących na platformach cyfrowych, takich jak Uber, Deliveroo i Glovo. Dziś prawo walczy o przetrwanie.
Dyrektywa w sprawie pracowników platform (PWD) miała być punktem zwrotnym w tak zwanej gospodarce gig, ponieważ miliony osób samozatrudnionych, które pracują za pośrednictwem platform w całym bloku, zostałyby przeklasyfikowane na pracowników i korzystałyby z podstawowych praw, takich jak minimalne wynagrodzenie, opieka zdrowotna, ubezpieczenie wypadkowe i płatny urlop.
Jednak po sześciu rundach negocjacji między Parlamentem Europejskim a państwami członkowskimi dyrektywa utknęła w martwym punkcie, gdy miała już dotrzeć do mety.
Spotkanie pod koniec grudnia, zaledwie kilka godzin przed zawieszeniem Brukseli na przerwę zimową, ujawniło, że większa niż oczekiwano grupa krajów sprzeciwiła się projektowi ustawy, który wyłonił się z rozmów.
Francja, Irlandia, Szwecja, Finlandia, Grecja i kraje bałtyckie znalazły się wśród tych, które jasno dały do zrozumienia, że nie mogą poprzeć przedstawionego tekstu, na którego czele stoi lewicowy rząd Hiszpanii sprawującej rotacyjną prezydencję w Radzie.
„Kiedy zmierzacie w kierunku (przepisów), które pozwoliłyby na masowe przeklasyfikowanie, w tym na osoby samozatrudnione, które cenią sobie status samozatrudnionego, nie możemy tego poprzeć” – powiedział w grudniu Olivier Dussopt, ówczesny francuski minister pracy.
Oczekuje się, że współprawodawcy dotrzymają porozumienia wypracowanego w negocjacjach i przepchną je do głosowania końcowego, zatem opór w ostatniej chwili w połączeniu z jego przejęciem wywołał sygnał alarmowy.
Kolejna burzliwa runda negocjacji jest już prawie pewna, chociaż nie wybrano jeszcze żadnej daty.
Sytuacja jest szczególnie niepewna, gdyż czerwcowe wybory do Parlamentu Europejskiego wyznaczają termin zakończenia rozmów międzyinstytucjonalnych do połowy lutego.
Kwestia domniemań
Wszystkie zastrzeżenia wyrażone przez koalicję „no-go” są zbieżne w jednym krytycznym punkcie: domniemaniu prawnym zatrudnienia przewidzianym w dyrektywie. Jest to główny filar proponowanej ustawy, bez którego osoba niepełnosprawna byłaby faktycznie pozbawiona swoich uprawnień racja bytu.
Domniemanie prawne to system, w ramach którego platforma cyfrowa byłaby uznawana za pracodawcę, a nie tylko za pośrednika, a pracownik byłby uważany za pracownika, a nie osobę samozatrudnioną.
Zgodnie z pierwotną propozycją Komisji Europejskiej przekwalifikowanie miałoby miejsce, gdyby w praktyce spełnione zostały dwa z pięciu warunków:
- Platforma określa poziom wynagrodzenia lub ustala górne limity.
- Platforma elektronicznie nadzoruje pracę pracowników.
- Platforma ogranicza pracownikom możliwość wyboru godzin pracy, odmawiania wykonania zadań czy korzystania z podwykonawców.
- Platforma narzuca obowiązkowe zasady dotyczące wyglądu, zachowania i działania.
- Platforma ogranicza możliwość budowania bazy klientów lub pracy dla konkurencji.
Według szacunków Komisji około 5,5 miliona z 28 milionów pracowników platform internetowych działających w całym bloku jest obecnie błędnie sklasyfikowanych i dlatego podlega domniemaniom prawnym. Dzięki temu byliby uprawnieni do takich praw, jak płaca minimalna, negocjacje zbiorowe, ograniczenia czasu pracy, ubezpieczenie zdrowotne, zwolnienia chorobowe, zasiłki dla bezrobotnych i emerytury – na równi z każdym innym zwykłym pracownikiem.
Ponowna klasyfikacja może zostać zakwestionowana lub odrzucona zarówno przez przedsiębiorstwo, jak i przez samych pracowników. Ciężar dowodu spadłby na platformę wykazania, że relacja pracodawca-pracownik nie odpowiada rzeczywistości.
„Dość delikatny”
Dyrektywa od samego początku budziła kontrowersje wśród państw członkowskich, które tradycyjnie chronią swoją politykę pracy i systemy opieki społecznej.
Przed przystąpieniem do rozmów z Parlamentem 27 krajów uzgodniło wspólne stanowisko, w którym dokonano znacznych zmian w domniemaniu prawnym, rozszerzając kryteria do siedmiu i dodając niejasny przepis umożliwiający w niektórych przypadkach obejście systemu.
Tymczasem posłowie do Parlamentu Europejskiego opowiedzieli się zamiast tego za ogólną klauzulą domniemania, która miałaby zasadniczo zastosowanie do wszystkich pracowników platform. Kryteria ponownej klasyfikacji na pracowników zaczęłyby obowiązywać dopiero na etapie sprzeciwu, co utrudniłoby firmom obejście systemu. Ustawodawcy zaostrzyli także wymogi dotyczące przejrzystości algorytmów i zaostrzyli kwestię kar dla firm nieprzestrzegających przepisów.
Rozdźwięk między Radą a Parlamentem spowolnił negocjacje zwane rozmowami trójstronnymi, gdyż do osiągnięcia porozumienia potrzebnych było sześć rund, co stanowi szczególnie dużą liczbę.
Ale chociaż europosłowie wiwatowali z przełomu, w Radzie wybuchł bunt.
Opór wynika z prawnego domniemania zatrudnienia, które w trakcie rozmów trójstronnych przywrócono do pierwotnych kryteriów 2/5, równowagi między pracownikami zatrudnionymi w pełnym i niepełnym wymiarze godzin, obciążeń administracyjnych nałożonych na przedsiębiorstwa prywatne oraz potencjalnych negatywnych skutków dla gospodarki cyfrowej jako całość.
„W sumie problem polega na tym, że tekst nie zapewnia jasności prawnej i nie jest zgodny z porozumieniem Rady” – powiedział jeden z dyplomatów z grupy krajów, które pod warunkiem zachowania anonimowości sprzeciwiają się porozumieniu. „Ochrona pracowników tak, ale konkurencyjność powinna pozostać”.
Inny dyplomata stwierdził, że stanowisko przyjęte w Radzie jest „dość delikatne” i pozostawia minimalne pole do ustępstw. „To trudne. To nie jest łatwa sprawa” – zauważył urzędnik.
Z Hiszpanii do Belgii
Na dzień dzisiejszy w ramach porozumienia trójstronnego zdecydowanie brakuje większości kwalifikowanej niezbędnej do dalszych działań. Co więcej, Niemcy, największy kraj bloku, jak dotąd zachowywały milczenie, co zostało zinterpretowane jako wstęp do wstrzymania się od głosu. Jeśli Berlin przetrzyma głosowanie, droga do większości kwalifikowanej stanie się jeszcze bardziej stroma.
Przypadkowo w niektórych niechętnych krajach działają jedne z najbardziej znanych platform cyfrowych w Europie: Bolt (Estonia), Wolt (Finlandia), Free Now i Delivery Hero (Niemcy). Firmy te wraz z Glovo (Hiszpania), Uber (USA) i Deliveroo (Wielka Brytania) utworzyły w Brukseli stowarzyszenia branżowe i zwiększyły wydatki na lobbing, aby bronić swoich interesów korporacyjnych i wpływać na projekt ustawy.
Jedno z tych stowarzyszeń, Move EU, publicznie świętowało grudniowe odrzucenie dyrektywy i nazwało dyrektywę „nieodpowiednią do celu”. W oświadczeniu ostro skrytykowano to założenie prawne, argumentując, że „przytłoczyłoby ono sądy krajowe i zniweczyło pozytywne reformy”.
Z kolei Europejska Konfederacja Związków Zawodowych (ETUC) stwierdziła, że proponowana ustawa „wstrzymuje się bez ważnego powodu” i wezwała instytucje do zamknięcia sprawy. „Porozumienie osiągnięte w trakcie rozmów trójstronnych było dalekie od ideału, ale ostatecznie wprowadziło w sektorze pewne podstawowe standardy” – stwierdziła konfederacja.
Polityczny gorący kartofel jest teraz w rękach Belgii, która 1 stycznia objęła przewodnictwo w Radzie. Belgia zamierza wypracować nowe wspólne stanowisko i przystąpić do siódmej rundy negocjacji z eurodeputowanymi.
„Jesteśmy bardzo zdeterminowani, aby osiągnąć porozumienie, ale nie za wszelką cenę. Ponieważ oczywiście musimy utrzymać początkowe ambicje” określone we wniosku Komisji, Pierre-Yves Dermagne, belgijski minister gospodarki i pracy, powiedział zeszły tydzień.
„Wiemy, że termin jest dość napięty. Tak naprawdę mówimy o kwestiach tygodni”.
Ale droga przed nami jest usiana przeszkodami. Nowy impuls w Radzie zmierzający do zaspokojenia żądań koalicji blokującej może wywołać reakcję lewicowych rządów. Szczególnie Francja jest postrzegana jako stanowczo sprzeciwiająca się dyrektywie.
I nawet jeśli Radzie uda się w jakiś sposób przezwyciężyć wszelkie przeciwności losu i zmienić swoje wspólne stanowisko, nie ma gwarancji, że posłowie do PE będą skłonni ustąpić i złagodzić grudniowe porozumienie. Jeżeli tekst nie zakończy fazy rozmów trójstronnych do połowy lutego, czyli ostatecznego terminu wyznaczonego przez wybory, tekst pogrąży się w legislacyjnym zawieszeniu.
„Obecnie znajdujemy się w impasie, a prezydencja belgijska stoi przed zadaniem pogodzenia tak przeciwstawnych stanowisk, w wyniku czego istnieje ryzyko bardzo słabej regulacji” – stwierdziła Agnieszka Piasna, starszy pracownik naukowy w Europejskim Instytucie Związków Zawodowych (ETUI).
„Jeśli Rada nie zmieni swojego stanowiska, moglibyśmy ujrzeć dyrektywę ustalającą minimalną dolną granicę na tak niskim poziomie, że warunki pracy na platformach w niektórych krajach mogłyby w rzeczywistości się pogorszyć, a nawet utrudnić drogę prawną – która pomimo tego, że jest niezwykle kosztowna i uciążliwa, , jak dotąd okazało się dla pracowników skutecznym sposobem obrony swoich praw”.







